From Japan with love

Dwójka filmowców i historia prawie jak z filmu. Jak na artystów przystało, do rozmowy zasiedliśmy w przyjemnym cieniu drzew, na tyłach warszawskiej ASP.
Oni niedawno wrócili z Japonii, ja do Japonii mam nadzieję niedługo wyruszyć…

Marta Koszarek: Jak zaczęła się wasza historia?

Witek Basiewicz: Byłem na Erasmusie w Pradze, w szkole filmowej. Właśnie postanowiłem przedłużyć swój pobyt o kolejny semestr. Nagle podczas zajęć, nie wiadomo skąd, pojawiła się Keiko. Od razu przykuła moją uwagę. Unikatowa, wyjątkowa, piękna. Zawsze było jej zimno, nosiła charakterystyczną zieloną kurtkę i paliła strasznie dużo papierosów.

Keiko Kikkawa: Już nie palę, choć lubiłam. Rzuciłam specjalnie dla Witka (śmiech). Zawsze bardzo chciałam wyjechać do Europy na kurs animacji. Bałam się trochę, ponieważ nie znałam angielskiego, ale mój nauczyciel przekonał mnie, że język sztuki rządzi się własnymi
prawami. Rzuciłam się na głęboka wodę.

Teraz nie masz już problemów z komunikacją. Czy szybko udało ci się nadrobić braki?
Witek: To był mój punkt zaczepienia. Zaoferowałem, że będę ją uczył. To była idealnie zastawiona pułapka (śmiech). Keiko bardzo szybko się wszystkiego uczy, a ja widocznie byłem dobrym nauczycielem. Nasze lekcje szły tak dobrze, że po dwóch tygodniach nauki wprowadziła się do mnie.
Ach! Teraz już wszystko jasne! Szybkie i skuteczne działania. Większość szczęśliwych par, z którymi mam okazję rozmawiać, również podjęło ważne decyzje dość szybko. To chyba oznaka silnej więzi. Czy wyjazd do Japonii też planowaliście od początku?

Keiko: Nie, nie mieliśmy żadnego planu, po prostu skończyła mi się wiza, a Witek był ciekaw Japonii.

Witek: A Keiko była na tyle miła, żeby kupić mi bilet, który oczywiście odpracowałem, żeby nie było. Było to coś, co bardzo chwyciło mnie za serce. Zaprosiła mnie do wspólnego życia w pięknym, stuletnim, drewnianym domu z jej mamą Yasuko i czarnym labradorem Baru. Wzruszające, szczególnie że znaliśmy się tylko trzy miesiące.

Keiko: Zamieszkaliśmy w moich rodzinnych stronach w prefekturze niedaleko Kobe, w małym miasteczku. Witek twierdzi nawet, że to prawie wioska, ale jednak składa się z kilkudziesięciu tysięcy mieszkańców. Japonia jest bardzo specyficznie ukształtowana. Wiele obszarów nie nadaje się do zamieszkania, ze względu na górzyste ukształtowanie terenu.
Ludzie żyją więc na płaskich powierzchniach w większych skupiskach.
Kiedy pomyśleliście o ślubie? Siedzieliście sobie przy herbatce i podjęliście decyzję, czy były to niespodziewane zaręczyny?
Keiko: W walentynki postanowiliśmy odwiedzić Universal Studios Japan w Osace. Tam w małej restauracyjce Witek zaskoczył mnie pierścionkiem i tym, że poprosił o moją rękę po japońsku!

 

Ślub odbył się w marcu, to znaczy, że uwinęliście się ze wszystkimi sprawami w miesiąc?! Jak to możliwe?
Witek: Moje ukochane japońskie kobiety (Keiko i jej mama), mimo że bardzo współczesne i wyzwolone, jak większość ludzi w ich kraju są bardzo przesądne. Wyciągnęły przedziwną książeczkę z datami i wybrały taką, która ma przynieść dużo szczęścia. Do dziś nie wiem, dlaczego była to akurat ta konkretna data, ale miała być ta i koniec. Na szczęście tam nikt nie stwarza problemów. Danego dnia pojechaliśmy do urzędu, byliśmy już bardzo spóźnieni, było około 22:00 i wszystko oczywiście było zamknięte. Zadzwoniliśmy, przyszedł jakiś pan, wpuścił nas do środka i przecierając oczy ze zmęczenia podpisał i podstemplował nasze małżeńskie dokumenty. Zupełnie inaczej niż tu, sprawy urzędowe to w Japonii bułka z masłem. Inaczej wygląda sprawa wesela.
Keiko: Postanowiliśmy urządzić dwa weselne przyjęcia, jedno dla przyjaciół, drugie dla rodziny. Pierwsze, w nowoczesnym stylu odbyło się w klubie jazzowym w Kobe, a drugie – tradycyjne pół roku później.
Witek: Co bardzo ciekawe, w Japonii goście kupują bilety na wesele, czyli Para Młoda nie musi wchodzić w nowe życie z długami, jak to
często bywa w Polsce.
Jak wyglądała ta tradycyjna część?
Witek: Jeśli chodzi o tradycję, to nasze zakorzenione w niej wesele było czymś odstającym od normy. Od jakiegoś czasu najmodniejsze
są w Japonii wesela w zachodnim stylu. Blisko 80% Japończyków to zdeklarowani ateiści. Wygląda to trochę jak pomieszanie z poplątaniem. Większość dzieci uczestniczy w rytuałach przejścia w chramie* w wieku trzech, pięciu i siedmiu lat, wtedy ubrane są zawsze w tradycyjne kimona. Potem chcą zachodniego wesela, podczas którego wynajęty aktor, najczęściej człowiek z zagranicy, przebiera się za księdza – to ogromnie popularne. Jednak kiedy umierają, chcą być pochowani według buddyjskich obrzędów.
Keiko: To trochę smutne, że Japończycy tak bardzo chłoną zachodnią kulturę i preferują ten styl, nawet w tak ważnej chwili, jaką jest zawieranie małżeństwa. Dziewczyny chcą mieć ogromną białą suknię i wziąć ślub jak w kościele, mimo że nie ma to źródła w ich kulturze. Najważniejsze są kwestie wizualne i to jest ogromny, świetnie prosperujący rynek. Witka również zatrudniono jako modela ślubnego. Co prawda nie był księdzem, był Panem Młodym reklamującym dom weselny. Japończycy uważają, że wszystko, co z zachodniej kultury, jest ładniejsze. To naprawdę pokręcone. Ja taka nie jestem, dla mnie mimo wszystko bardzo ważne są tradycje.                                                    Jestem w szoku. Japonia zawsze kojarzyła mi się z krajem bardzo przywiązanym do tradycji.
Keiko: Nie mamy wielu świąt religijnych, nie chodzimy zbyt często do świątyni. Oczywiście wszyscy obchodzimy Hanami, czyli święto kwitnącej wiśni, celebrujemy parzenie herbaty i inne bardzo charakterystyczne momenty, ale nie ma ich zbyt wielu.
Jak wygląda tradycyjna ślubna ceremonia?
Keiko: Przede wszystkim chcieliśmy, żeby ceremonia odbyła się w świątyni buddyjskiej, ponieważ tam jest pochowany mój tata. Chciałam,
żeby był blisko, żeby mógł uczestniczyć w tej ważnej dla mnie chwili. Przyniosłam ze sobą jego portret, który stał w istotnym miejscu przez całą ceremonię. Poza tym w tej świątyni moja rodzina modli się od ponad 250 lat, a i kapłan jest nam bliski.
Witek: Sama uroczystość nie trwa długo, jakąś godzinę. Wszyscy muszą być odświętnie ubrani. Moja mama również musiała włożyć kimono. Musiała się uczyć, jak w nim chodzić, a naprawdę nie jest to prosta sprawa, szczególnie w drewnianych japonkach. Kapłan i jego dwóch pomocników prowadziło uroczystość. Musiałem się bardzo pilnować, bo lubię się wygłupiać, a oni te uroczystości traktują bardzo serio. Było to trudne, chociażby podczas odczytywania mojego nazwiska „Basiewicz”, co nie jest błahostką dla Japończyka.
Keiko: Atmosfera była bardzo poważna. Nie można było nawet zakasłać. Było dużo modlitw i tradycyjny rytuał picia sake ze specjalnych czarek o trzech wielkościach. Trójka to bardzo ważna liczba w Japonii, unikamy natomiast czwórki, która uważana jest za pechową. Wszystkie kobiety miały czarne kimona, ja byłam ubrana na czerwono. Witek za to ubrany był w białe kimono, miało to symbolizować kolory flag obu naszych krajów. Wymieniliśmy się też buddyjskimi bransoletkami, takimi przypominającymi różaniec, których używamy do modlitwy. Po ceremonii w świątyni udaliśmy się na kolację.                                                                                                                                           Witek: Ja uparłem się i wypożyczyłem czerwoną Corvettę z 1969 roku, samochód na którym umieściłem tabliczkę „recently married” (ostatnio poślubieni) – taki     żarcik, ponieważ małżeństwem byliśmy już pół roku. Chciałem wprowadzić jakiś element humorystyczny i zainicjować namiastkę zupełnie nieznanego tam orszaku ślubnego. Przyjęcie trwało kilka godzin, nie ma tam zwyczaju zabawy do białego rana. Goście przygotowali przemowy. Ja też mówiłem chwilę po polsku, właściwie tylko do mamy, Keiko za to mówiła po japońsku, więc oboje nic nie rozumieliśmy ze swoich wypowiedzi, co było dość zabawne. Obiad składał się z tradycyjnych japońskich dań i oczywiście pełno było toastów sake. Ja nie przepadałem za kuchnią japońską, później się to zmieniło. Teraz chętnie zjadłbym dobre sushi, ale według Keiko tu podają „europejskie sushi”, które bardzo różni się od japońskiego.
Czy te szybkie zmiany zamieszkania wywarły na was duże wrażenie?                                                                                                 Keiko: Kiedy znalazłam się w Europie po raz pierwszy, było mi bardzo trudno. Nie potrafiłam mówić po angielsku. Teraz, kiedy już mogę
się swobodnie komunikować, jest naprawdę super. Mimo że nie mówię jeszcze zbyt dobrze po polsku, pracuję na pół etatu w prywatnej szkole, ucząc japońskiego. Wszystko tu jest inne. Bardzo podoba mi się wszechobecna zieleń. Nawet w ogromnych miastach ludzie mają możliwość obcowania z przyrodą. W Japonii jest bardziej betonowo, szczególnie w miastach, które ciągle pną się wyżej i wyżej, tak jakby miało je to uchronić przed tsunami. Wiem, że Witkowi w Japonii musiało być dużo trudniej niż mnie w Europie. Japończycy raczej nie mówią po angielsku, nie czują potrzeby uczenia się uniwersalnego języka i dlatego osobie przyjezdnej bardzo trudno jest tam zaaklimatyzować.
Witek: Spędziliśmy tam dwa lata. Pierwszy rok był bardzo ciężki. Wyjechałem z Europy z myślą: „O, Fajnie! Jedziemy do Japonii, przygoda!”
– totalnie ułańska fantazja. Nie zadałem sobie trudu na zapoznanie się z kulturą czy podstawami języka. Mimo że byliśmy tam razem, zdarzały się momenty, kiedy czułem si samotny. Ludzie przyjezdni zazwyczaj osiedlają się w dużych miastach. Miałem na tyle szczęścia, że znalazłem pracę po dwóch miesiącach. Uczyłem angielskiego, gdyż miałem do tego pewne przygotowanie. Z artystycznymi zawodami różnie bywa, musiałem wziąć pod uwagę, że kariera filmowa może nie pójść po mojej myśli, zrobiłem więc kurs nauczania języków.
Jakie są wasze plany na przyszłość? Chcecie mieszkać w Europie, w Azji, a może wpadliście na kolejny szalony pomysł?
Keiko: Dla mnie pobyt tu to wielka przygoda. Chciałabym tylko mieć więcej pracy. Co prawda uczę japońskiego, prowadzę sklep internetowy, w którym sprzedaję europejskie, unikatowe antyki, ale to dla mnie wciąż mało. Po prostu lubię pracować, a poza tym w moim
kraju uważa się, że kto mało pracuje, szybciej się starzeje.
Witek: Jesteśmy ciekawi wielu miejsc. Ostatnio byliśmy w Berlinie. Chcemy również trochę pobyć w Polsce. Po latach podróżowania między Czechami, Walią i Japonią bardzo stęskniłem się za rodziną. Na razie jesteśmy tu, ale zobaczymy, co przyjdzie nam do głowy jutro. Wszystko jest możliwe.
*budowla shintoistyczna, świątynia tradycyjnej religii Japonii opartej na mitologii japońskiej.
Rozmawiała: Marta Koszarek,  zdjęcia: Chie Hasegawa